Oto relacja mojej przyjaciółki, z dzisiejszej nocy:
Niebezpieczne wakacje:
Kemping na wyspie Bornholm w Ronne.
RELACJA POSZKODOWANEJ:
Zatrzymaliśmy się na kempingu na jedną noc. Przyjechaliśmy późno, cały dzień jechaliśmy na rowerach. Daliśmy radę tylko zjeść i rozstawić namiot. Nie rozmawialiśmy z nikim, nie nawiązywaliśmy żadnych kontaktów.
Najpierw, około północy, ktoś krążył na motorach wokół namiotów. Około trzeciej w nocy obudziły nas odgłosy „drapania” w tropik. M. otworzył namiot i zobaczył przywiązaną linę, w tym samym momencie usłyszeliśmy zza płotu dźwięk ruszającego samochodu i pisk opon. Lina gwałtownie ruszyła. M. nie zdołał się wyplątać, ma poprzecinane ręce. Namiot z nami w środku został wyrwany z zapięć. Na szczęście zdołaliśmy się uwolnić. Gdyby M. nie wydobył nóg z pętli, mógłby już nie żyć. Kilka minut po zajściu, znowu zaczął krążyć wokół nas motocykl, z którego byliśmy obserwowani. Wezwana Policja znalazła liny i ślady samochodów. Powiedzieli, że nic nie są w stanie zrobić. Ani Policja, ani zarządzający kempingiem nie udzielili pomocy medycznej, ani żadnej innej. Zostaliśmy w środku nocy przerażeni, bez pomocy, bez namiotu.
Tylko recepcjonistka wiedziała o tym, że jesteśmy z Polski. Na wypasionym kempingu, pełnym bogatych Niemieckich przyczep, został wybrany nasz mały namiocik. To była dokładnie zaplanowana napaść, mająca na celu tylko i wyłącznie skrzywdzenie nas. Nie był to w żadnym wypadku napad rabunkowy, ponieważ nie zostały skradzione rowery, stojące bez zabezpieczeń obok namiotu.
Policja nie zrobiła zdjęć, ani nawet notatki.. Policja poinformowała nas tylko, że tak, Polacy są w zasadzie niezbyt lubiani na wyspie, bo to na ogół złodzieje. Ambasada sprawę zignorowała.
